Znowu będę narzekał. Nie mogę się powstrzymać. Ale obiecuję, że swoje marudzenia i wykwity krytycyzmu, postaram się na koniec zrównoważyć jakąś bardziej pozytywną wizją. Coś świetlistego, pełnego nadziei, też mi się majaczy, znudziłbym się szybko, gdybym paradował wyłącznie w masce szyderstwa lub niechęci.
Ale od nich zamierzam zacząć. Jan Śniadecki, polski uczony i pisarz żyjący na przełomie XVIII i XIX wieku, pisał: „Język jest skazówką stopnia, do którego przyszedł naród w cywilizacji i oświeceniu. Jeżeli język jest ciemny, nieokrzesany, ubogi w wyrazy na znaczenie rzeczy, myśli i namiętności w rozmaitych ich cieniach, przemianach i stopniach, (…) naród nie wyszedł jeszcze z dziczyzny ani do rzędu oświeconych i ucywilizowanych narodów nie ma prawa należeć.” Czy to nie przesada? W 1534 roku Florian Ungler napisał: „przez obcy język w obce ręce państwa zachodziły.” Język obala narody bądź je podtrzymuje – czy naprawdę taka jest jego moc? Owszem, jest taka, a kto wie, może i większa. Mickiewicz, który ze Śniadeckim w dobrych stosunkach nie był, bo widział w nim uczonego, którego szkiełko i oko pozostaje ślepe na światy wyobraźni i zrodzone z uczuć wizje, zaś Śniadecki, mocno zakorzeniony w epoce oświecenia, w ludowych wierzeniach dostrzegał tylko zabobony, zaś w pisarzach romantycznych, którzy je namiętnie eksploatowali, wybujałość regresywnych popędów…a więc Mickiewicz, zwolennik czucia i wiary, uważał, że słowo ma prawdziwą moc sprawczą, że porusza serca, ożywia je, i tak przemienia kształt świata. Wielki poeta, Rainer Maria Rilke, napisał nawet – „Śpiewać to być”. Tak czy inaczej, być czy nie być, Mickiewicz ze Śniadeckim w tym by się zgodzili, że język ma wielką moc sprawczą.
Miałem narzekać. No więc zaczynam, bardzo proszę.
Sorka że się wymądrzam, takie przmądrzalstwo to tak naprawdę jedno wielkie lol, lol monstrualne, ale spoks i jedziemy dalej, jeszcze nie będzie nara, ale dojdziemy i do tego, i będzie masakra (zmiana tonu) jeżeli będziemy konsekwentni, to oczywiście, w najbliższej przyszłości można oczekiwać zmian, wymagane są reformy, nad czym pracujemy, sztab ekspertów działa, komisja się zbierze (zmiana tonu) i nastąpi transgresja, choć każdą transgresję poprzedza inicjalna dekonstrukcja represywnego dyskursu, a bez dekonstrukcji podmiot nie odszuka pustki wypełniającej signifie, a zatem nie odszuka suwerenności, która pozwala mu swobodnie poruszać się pośród skłębionych symulakrów realnego…
Dość! To taka, ot, próba kilku rodzajów mowy, jaką można usłyszeć obecnie to tu, to tam, w tak zwanych górnych dziedzinach, jak i w tak zwanych dolnych, tu i tam niosą się echa, a słowa obijają się o siebie. Mógłbym tych zmian tonu przeprowadzić jeszcze kilka, ale może te trzy niech wystarczą na razie, jak mnie ucapi natchnienie, to wspomnę pewnego dnia jeszcze inne, ale na razie niech zostanę te: nowomowa młodzieżowa, polityczne pustosłowie, filozoficzna francuszczyzna. Każdy styl inny i w każdym – no właśnie, wracając do słów Śniadeckiego: naród wznosi się, czy upada? Mam na myśli – wznosi się wzmacniając i ubogacając swój język, czy upada język ten zubożając, odrywając go od rzeczywistości, pozbawiając swoistego charakteru? Oto jest pytanie! I sam kajam się, nie jestem od tego wolny, żegnając się mówię narka, a gdy kogoś potrącę w tramwaju – mówię: sorka. Na usprawiedliwienie powiem, że staram się mówić przepraszam – bo to słowo wyraża więcej, a poza tym jest o sylabę dłuższe, a przeprosiny, tak mi się zdaje, oznaczają, że ten, kto naruszył obszar życiowy innego człowieka, stara się uniżyć, aby tym aktem zrekompensować urazę i ją złagodzić; a sorka powiedzieć jest łatwiej, jest bardziej niedbałe, jest słowem jak machnięcie ręką, słowem, które mówi: jest jak jest i co z tego, nie ma problemu. Nie ma problemu – to stwierdzenie w przypadku przeprosin należy do przepraszanego, przepraszający raczej na to czeka, jeżeli oczywiście przeprosiny są szczere.
Ale słowo sorka jest amerykańskie, a luz blues w kontaktach międzyludzkich, taka swoista oklapłość i coś jakby udawana swoboda, to też styl amerykański, a my, jak wiadomo, jesteśmy papugami narodów, więc papugujemy ile wlezie, małpujemy też, a jakże, ale w tym przypadku możemy uspokajać sumienie: nie jesteśmy jedyni, cały świat oszalał na punkcie amerykańskiego luzu! We are all living in America – jak porykuje wokalista pewnego zespołu przy akompaniamencie zmasowanego szturmu elektrycznych gitar.
Więc staram się. A i tak często mówię sorka. Mogło jednak być gorzej! Co by było gdyby dominującą kulturą i językiem nie był amerykański, ale, na przykład, islandzki? Ale może wtedy nikomu nie chciałoby się rugować słów wyrażających najbardziej elementarne relacje międzyludzkie i zastępować je obcymi dziwolągami. Może…
Może tak a może nie. Konfucjusz, jak mi się zdaje, powiedział kiedyś, że porządkowanie społeczności zacząłby od porządkowania mian; miana, jeżeli dobrze rozumiem jego naukę, to nazwy określające poszczególne role społeczne i sploty obowiązków i przywilejów, jakie każda z nich w sobie zawiera, a zatem określających położenie w nadrzędnym porządku kosmicznym, w tym, co Chińczycy nazywali Tao. Kiedy syn nie jest synem, a ojciec ojcem; kiedy książę nie jest księciem, a cesarz – cesarzem – co wówczas dzieje się z państwem? Konfucjusz sądzi, że pogrąża się w chaosie, traci stabilność, staje się słabe i podatne na wpływy. Język powinien spajać się z rzeczywistością w harmonii, to znaczy miana powinny odpowiadać właściwym funkcjom i realnym działaniom…
Czuję, że zaraz z jakiegoś lingwistycznego pudełka wyskoczy fanatyk współczesnej filozofii, i zacznie rozprawiać o porządkach władzy i naiwności konfucjańskiego stanowiska, więc może lepiej ubiegnę go i Konfucjusza zostawię tam, gdzie mu najlepiej, to znaczy w gronie jego uczniów, a sam…
No właśnie? Gdzie teraz wyruszę? Może w stronę krainy utopii, tam, gdzie wieża Babel nie powstała, gdzie nie doszło do pomieszania języków, gdzie słowo miłośnie – tak, właśnie miłośnie! – obejmuje rzeczywistość i wszystkie miana są na swoim miejscu. To wcale nie musi być nudne miejsce. Rzeczywistość się zmienia, a więc zmienia się i słowo, jest w wiecznym ruchu, w swej naturalnej żywiołowości, spolegliwe wobec tego, co realne, ale i pełne inwencji w wysławianiu. Mógłbym powiedzieć – w sławieniu i przenieść się tym sposobem do samego serca owej krainy, to znaczy do pałacu poezji. Poezja jest sławieniem, to znaczy wychwalaniem istnienia. Co nie znaczy wcale, że słowa ironii, kpiny, szyderstwa nie mogą być poetyckie. Kto piętnuje głupotę i marność tego, co jest ułudą, ten marzy bądź przeczuwa to, co jest prawdziwe. Byli myśliciele, którzy sądzili, że poezja jest pierwotną mową ludzkości. Trzymając się obrazu, moglibyśmy powiedzieć, że wieża Babel i zgiełk pomieszanej mowy, jaki wypełnia jej kałdun, są mową wtórną, mową niepoetycką, czyli mową nie rozkochaną w tym, co rzeczywiste.
Tak, to kraina w sam raz dla mnie. I, jak mi się czasem zdaje, jest wszędzie i nigdzie zarazem. W każdej chwili może narodzić się poezja i w każdej chwili może wyrosnąć wieża Babel. W każdej chwili – to dość optymistyczne, prawda? Tutaj więc zakończę swoje wynurzenia, zakończę je szybko, bo czuję, że znów nabieram ochoty na kpinki, a cień ironicznej maski kładzie się na mojej twarzy…
Merkuriusz
Strona 3 z 4
Poprzedni artykuł1234Następny artykuł