Wyobraźmy sobie, że nasza kultura, jak tyle innych przed nią, dotarła do swojego kresu, jakiegoś kataklizmu, który unicestwił ją i pogrążył w głębinach ziemi; teraz, po wiekach, inna kultura wygrzebuje jej pozostałości, bada je, zupełnie jak my badamy umarłe dawno temu cywilizacje, i tworzy sobie wizerunek panującego w niej porządku. Przyjrzyjmy się fragmentowi owego wizerunku, temu, w którym zawiera się jeden z obszarów obrazowej ekspresji naszej kultury. Oczywiście to temat ogromny, można by pisać o tym tomy, w końcu żyjemy w prawdziwej wieży Babel. Ale mnie interesuje tutaj obszar mocno wyeksponowany, idzie mi o te obrazy, z którymi mamy najwięcej do czynienia, te, które najściślej przylegają do codziennego życia przeciętnego człowieka.
Otóż naszemu badaczowi odsłoniłaby się przedziwna wizja: ujrzałby on bowiem miriady obrazów reklamowych, których estetyka jest estetyką infantylną, pokrewną estetyce bajek, filmów animowanych itp., a których treść, jakby wbrew zawartości wizualnej, skierowana jest do ludzi dorosłych. Wystarczy przecież przespacerować się po ulicy większego miasta, żeby zobaczyć setki przedstawień śmiesznych ludzików, wesołych zwierzątek i innych cudacznych postaci, a wszystko to w barwach pstrokatych, krzykliwych, nachalnych. I kto jest ich adresatem? Ludzie dorośli – czy nie tak? To nie reklamy zabawek, tylko podstawowych produktów naszej cywilizacji, przedmiotów, które są nieodłączne od naszego życia, niektórych luksusowych, niektórych służących rozrywce, ale i takich bez których trudno się obejść, które stanowią elementarne składniki naszej egzystencji. Ot, powiedzmy, chcę kupić jajka. Kto mnie namawia do kupna tych a nie innych jaj? Roześmiany kogucik, uśmiechnięty, kolorowy, wskazujący na nazwę firmy skrzydełkiem przekształconym w niby to ludzką dłoń. Wieprzowina? Proszę bardzo! Kupujcie kiełbaski, mniam, mniam – woła tłusty, różowy prosiaczek z filuternie zakręconym ogonkiem. Świetnie! A teraz jak wygląda realna produkcja owych kiełbasek? Widział to ktoś? Prosiaczka każdy, a jakże, a rzeźnie, prawdziwe fabryki mięsa, są gdzieś daleko, poza horyzontem widzialności. Oto ferma kurza. Kogucik cieszy się na fasadzie, niezmordowany w szerzeniu radosnej wieści o smacznych, wielkich jajach, nic tylko baraszkować, zajadać i klepać się po brzuchu, a w środku, cóż – gdyby kury miały piekło, to w sam raz: oto piekło kur! Mają swoją przestrzeń życiową, akurat tyle, ile zajmuje ich cielesna powłoka, dostają pokarm, znoszą jaja…Kiedyś widziałem, w telewizji rzecz jasna, amerykańskie fabryki wołowiny – ogromna pustynia, stłoczone zwierzęta, i niekończące się rzędy ciężarówek – jedne przywożą paszę, drugie wywożą mięso. Ani źdźbła trawy, aż po horyzont. Obraz z sennego koszmaru.
I nie chodzi mi tutaj bynajmniej o kwestie ekologiczne, ochronę praw zwierząt itp. Nie; mi chodzi o ogromną szczelinę, prawdziwą przepaść, jaka rozwiera się pomiędzy sugestywną sferą obrazów rzeczywistości, a samą rzeczywistością, o rozziew między tym, czego uczymy się o specyfice warunków życiowych, w których jesteśmy zanurzeni, a samymi warunkami. Nasz archeolog z przyszłości bez wątpienia dziwiłby się owej dwoistości, choć dla nas jest ona tak oczywista, tak mocno wtopiona w nasze istnienie, że rzadko zdajemy sobie z niej sprawę. A gdyby tak teraz kogoś zapytać: czy bierze tą całą feerię reklamową poważnie, czy w to wierzy, czy na niego to działa? – ależ skąd, odparłby nasz poważny obywatel – to głupoty! Głupoty, zaiste! Nikt nie wierzy, każdy ma świadomość blagi, ale…ale wielkie korporacje łożą gigantyczne sumy na te głupstwa, kompletnie nieskuteczne, bo każdy swój rozum ma, a jakże, dobrze posadowiony, krytyczny, dojrzały – tak, nade wszystko dojrzały – i nie pozwoli nabijać się w butelkę. Skąd zatem te korowody świnek, kurek, puszczających do nas oczko krówek, ci wszyscy farmerzy w złotych, słomianych kapeluszach, te pękate gosposie w tęczowych fartuchach, ci wszyscy rajdowcy, piloci, dzieciaki rapujące o batonikach i opiekuńcze mamy dla których rodzina jest najważniejsza, więc…To, oczywiście, tylko styl, pewnego rodzaju igraszka spowijająca nasze jakże poważne zajęcia. Oczywiście…
Ale! – dość duży procent społeczeństwa wykazuje przedziwną wrażliwość na cierpienie zwierząt, to znaczy z trudem by zniosło widok świń podrygujących u sufitu wielkiej fabryki, rażonych prądem, a potem opalanych palnikami. Niedawno widziałem artykuł w pewnej gazecie, opisujący sytuację, w której w ofercie pewnego marketu znalazły się prosiaki upieczone w całości – było tam zdjęcie owego prosiaka, czerwonego jak rak, w foliowym opakowaniu. Rzeczywiście, wyglądało to dość makabrycznie. Na szczęście po interwencji dziennikarzy i oburzonych klientów, market potulnie wycofał owe prosiaki ze sprzedaży. Co za ulga! Poczym oburzeni klienci i dziennikarze udali się do różowego prosiaczka, uśmiechniętego od ucha do ucha, który podskakując wesoło zachwalał mielone, estetyczne mięso – i kupili, na obiadek, i zjedli ze smakiem, a jakże, bo ich moralność nie ma dużych wymagań, grunt żeby z wierzchu było przyjemnie, żeby r e a l n e cierpienie, r e a l n a śmierć były zneutralizowane sympatyczną ilustracją z książek dla dzieci.
To ciekawe, naprawdę niezwykłe, rozchwianie samoświadomości, intrygująca przepaść w naszej wiedzy o życiu, która zupełnie niemal zatarła się w swej powszedniości. Ponad sto lat po publikacji „Objaśniania marzeń sennych” niejakiego Freuda, który dawno już dostał się, biedaczek, w tryby machiny banału, i teraz funkcjonuje jako gość, któremu wszystko się kojarzy – no wiecie…Otóż ponad sto lat po publikacji tego przełomowego dzieła, w świadomości przeciętnego obywatela, współuczestnika życia społecznego, człowieka, który ma swój głos w wyborach, nie istnieje choćby cień myśli, że część jego psychiki wszystkie te infantylne obrazy bierze zupełnie serio, asymiluje, i – o zgrozo! – że część owa bierze r e a l n y udział w tym, co on uważa za swoje rozumne, świadome działania i decyzje. On, odpowiedzialny obywatel, sam fundament demokracji – nie wie nic o sobie. Ciekaw jestem dlaczego w szkołach nie ma takiego przedmiotu – powiedzmy: Wiedza o duszy. Albo dlaczego w bezsensownym przedmiocie, którego nikt nie bierze poważnie – zdaje się, że nazywa się to Wiedzą o społeczeństwie – nie ma obowiązkowego cyklu lekcji o manipulacjach przekazu medialnego, o sposobach w jaki on działa, o jego instrumentach i technikach? Znowu przenoszę się w wyobraźni w umysł archeologa przyszłości i stawiam pytanie: dlaczego w społeczeństwie, które chlubiło się swoją demokracją, nazywało ją najlepszym z możliwych systemów społecznych, w obrębie edukacji nie istniały ż a d n e przedmioty, które miałyby na celu wychowanie naprawdę świadomych i odpowiedzialnych obywateli? That is the question! A przecież taką wiedzą teoretycznie dysponujemy, nie jest ona bardziej skomplikowana niż, dajmy na to, fizyka jakiej musi uczyć się młodzież – przynajmniej w swoich podstawach. Wydawać by się mogło, że wobec monstrualnego wręcz rozwoju technik manipulacji, wobec zalewu propagandowych przekazów, nie ma nic pilniejszego dla budowy zdrowego społeczeństwa, niż upowszechnić taką wiedzę. To byłoby prawdziwe wychowanie, prawdziwe, to znaczy mające realne przełożenie na późniejsze funkcjonowanie obywatela, sięgające, przynajmniej potencjalnie, rdzenia jego woli i świadomości. Ale nie – my nazywamy wychowaniem konieczność wkuwania ogromnej ilości informacji, które potem trzeba wyrecytować i zapomnieć; a przecież, jak słusznie zauważył Montaigne, pokarm, który zwracamy w tym samym stanie, w jakim go przyjęliśmy, nie został przetrawiony, to znaczy – nie zasilił naszego ciała i umysłu.
Tymczasem wesoły kogucik mruży ślepka i śmieje się do nas – nie z nas – o dziwo!
Merkuriusz