Sala I - O Merkurym i wiecznej wędrówce

                                              

Ta wężowa istota to właśnie Merkuriusz; rycina pochodzi z alchemicznej księgi z XVII wieku. Zdarzało się, że alchemicy utożsamiali przekształcającego się Merkuriusza z postacią Chrystusa. Zresztą i chrześcijanie żyjących w pierwszych wiekach przedstawienie Merkurego wiązali z obrazem Zbawiciela. Chrystus przecież jednoczył rozdzielone obszary istnienia, z nieba zstąpił na ziemię, z ziemi do otchłani, potem zmartwychwstał, objawił się uczniom na ziemi, i powrócił do nieba. Kamień filozoficzny zrodzony z ruchu przeciwieństw – cel alchemicznego opus – miał moce zbawcze, porównywany był do tęczy. W starożytności ukazywano Merkurego jako postać dosiadającą pawia, zaś w Starym Testamencie tęcza pojawia się jako wizja pojednania Boga i stworzenia po niszczącym potopie. Co zatem z wężową naturą, która kojarzy nam się raczej z tym, co diabelskie? W dawnych wiekach istniały przedstawienia Chrystusa jako przybitego do krzyża węża – wykraczają one dość znacznie poza horyzont naszych przyzwyczajeń obrazowych, a przecież sam Chrystus porównuje siebie do węża; w Ewangelii świętego Jana mówi On nawiązując do wydarzenia opisanego w dwudziestym pierwszym rozdziale Księgi Liczb (Jan 3, 14 – 15):

 

I jak Mojżesz wywyższył węża na pustyni, tak musi być wywyższony Syn Człowieczy,

Aby każdy, kto weń uwierzy, nie zginął, ale miał żywot wieczny.

 

Zaś swoich uczniów poucza (Mt 10, 16):

 

Oto Ja posyłam was jak owce między wilki, bądźcie tedy roztropni jak węże i niewinni jak gołębice.

 

Przejdźmy do cytatu z dzieła średniowiecznego mistyka, żyjącego w XIV wieku bł. Jana van Ruusbroeca. Mowa w nim o dwóch grupach ludzi żyjących w obszarze wpływu Merkurego – jedna grupa to dobrzy kupcy, druga to źli. Nie powinna nas dziwić obecność wątków astrologicznych u prawowiernego mnicha, bowiem Kościół w wiekach średnich wprawdzie nie był zbyt przychylnie nastawiony do astrologii, ale nie potępiał jej zupełnie. W gruncie rzeczy wrogość Kościoła wywoływała nie sama astrologia, lecz astralny fatalizm, to znaczy pogląd zgodnie z którym los człowieka jest ściśle zdeterminowany przez gwiazdy; natomiast astrologia, która ukazywała wpływy określające dyspozycje człowieka, nie odbierające mu wolnej woli, lecz jedynie zakreślające pole jego działania, nie kłóciła się tak mocno z nauką katolicką. Takie było stanowisko między innymi świętego Tomasza z Akwinu.

A zatem człowiek pod wpływem Merkurego mógł być kupcem złym albo dobrym – zależnie od swoich wolnych czynów i charakteru swoich pragnień. Przy takim pojmowaniu astrologia idealnie wpasowywała się w powszechne w średniowieczu rozumienie rzeczywistości jako Bożej teofanii, czyli objawienia; ruch ciał niebieskich także jest teofanią, odsłania się w nim stwórcza moc i mądrość Boga, który jednoczy wszechświat. Wszystko powiązane jest ze wszystkim – ziemia wskazuje na niebo, niebo porusza się na rozkaz Stwórcy, a każda cząstka istnienia objawia Jego chwałę. Nasz autor pisze („Dwanaście beginek”, Wydawnictwo Karmelitów Bosych, Kraków 2006, s. 137):

 

Każdy idzie za swą planetą, pod którą się urodził, która nim rządzi w sposób naturalny. Te planety rządzą i panują nad zmysłowym życiem zwierząt i ludzi, [lecz] nad rozumem nie mają żadnej władzy. (…) Ciała ludzi i zwierząt, złożone z czterech żywiołów, mają życie naturalne od Boga i planet – to życie musi z natury walczyć i umrzeć. (…). [A zatem] gdy chodzi o śmiertelną naturę, jesteśmy wszyscy dziećmi planet, a gdy chodzi o duchową naturę, która nie może zginąć, jesteśmy wszyscy dziećmi Boga. To są dwa przeciwieństwa: czas i wieczność, umieranie i wieczne życie.

 

Według współczesnej nauki naturalne życie mamy nie od planet, lecz gwiazd. Atomy, które budują nasze ciała i umożliwiają życie, przybyły tutaj gnane wiatrem słonecznym bądź zostały wyrzucone w przestrzeń przez potworne eksplozje towarzyszące ich śmierci; w takim wybuchu, którzy astronomowie nazywają powstaniem supernowej, w ciągu kilku sekund uwolniona zostaje energia kilkaset razy większa niż energia wypromieniowywana przez nasze Słońce przez cały okres swego życia – czyli około dziesięciu miliardów lat (obecnie liczy sobie około pięciu miliardów). To w tym piekielnym ogniu rodzą się ciężkie pierwiastki budujące ciała ludzi, zwierząt, minerałów. Nasze ciała powstały z pyłu gwiezdnego, co oznacza, że warunkiem naszego stworzenia było zniszczenie innych ciał, ciał gwiazd oddalonych od nas ogromnym przedziałem czasu i przestrzeni. Podobnie, w mniejszej skali, warunkiem doczesnego trwania żywego organizmu jest niszczenie innych organizmów i pobieranie z nich energii potrzebnej do życia. Lecz wszyscy jesteśmy skazani na śmierć, która uwolni materię naszych ciał, a ta, być może, wygnana znów w przestrzeń zagładą Słońca, posłuży na innej planecie do budowy innych istnień. Nauka nie chce i nie może odpowiedzieć na pytanie, czy nasza dusza powróci wtedy do Boga – ani czy dusza w ogóle istnieje.

Ruusbroec pisze („Dwanaście beginek”, Wydawnictwo Karmelitów Bosych, Kraków 2006, s. 134):

 

Mądrzy kupcy gardzą bogactwem świata, nieuporządkowaną rozkoszą cielesną i wszystkim, co mogliby w czasie posiadać z miłością. Wybierają więc i kupują królestwo niebieskie, łaskę, chwałę, życie wieczne i Chrystusa za swego Pana. On jest drogocenną perłą: kto Jego szuka i znajdzie, sprzedaje wszystko, co ma, i kupuje ten szlachetny kamień, którego nic stworzonego nie może przeważyć. W tym polu duchowego życia jest ukryty dla świata wielki skarb. (…)

Głupi kupcy są pod każdym względem przeciwni roztropnym: siedzą w kantorze wymiany, gdzie mogliby zyskać wielki majątek i życie wieczne, a gubią siebie. Zostają oszukani w tym, co się im zdawało, że mają. Wszystko bowiem, co zgromadzili, tu pozostaje: nic nie mają i niczego nie znajdą poza piekielną męką i wiecznym ogniem.

 

Źli kupcy źle korzystają z mocy Merkurego, albowiem skarb, którego poszukują, jest pospolitej natury. Już od XII wieku dała się zauważyć w Kościele tendencja do zmiany w hierarchii ludzkich grzechów: na miejsce panującej dotąd pychy, wkraczała chciwość, pochodna gwałtownego rozwoju ekonomicznego i poszerzenia życiowych perspektyw mieszczaństwa. Uosobieniem grzeszności stawała się postać zachłannego kupca, zamiast dominującej wcześniej postaci zuchwałego, żądnego władzy i nie szanującego świętości rycerza.

Kaznodzieje tamtego czasu z furią gromili upodobanie do gromadzenia dóbr, potępiali namiętności związane z posiadaniem i ułudny prestiż bogaczy. Roztaczali przed ludźmi wizje piekła, które nam wydają się nazbyt dosłowne, trudno jednak odmówić im wyrazistości. Nie powoływali się na rzekomo pogwałcone racje narodowe i temu podobne sprawy, jak ma to miejsce obecnie; można powiedzieć, że ich etyka zachowywała żywotność wyrazu dzięki powiązaniu z eschatologią (pomyślmy choćby o infernalnych wizjach Dantego, zarówno mocno osadzonych w zmysłowym konkrecie, i pełnych intelektualnej treści przy odczytaniu alegorycznym bądź duchowym).

Kto jednak w czasach współczesnych boi się piekła? Przypomina mi się jeden z wierszy Zen przetłumaczony przez Czesława Miłosza; można go znaleźć w tomie „Dalsze okolice”:

 

Nie ma piekła

dla tych, którzy wierzą,

że jest piekło,

ale jest dla tych,

którzy myślą, że go nie ma.

 

Swoją drogą wydaje mi się, że dążenie do przekształcenia języka religijnego w język jak najbardziej poprawny politycznie, gładki w mówieniu o Bogu i życiu, stonowany, sprowadzony do płaszczyzny banału lub dziwnie lawirujący między słodyczą a groźbą, jest jakimś rodzajem choroby, deformacją zmierzającą w stronę faryzejskiej obłudy w najgorszym wypadku, w najlepszym zaś pozbawiającą język jego strony witalnej, to znaczy wyrazistości i mocy. Język uładzony, anemiczny, pozbawiony obrazów naruszających nasze potoczne widzenie świata, poruszający się w sferze obejmującej nastroje od pustej egzaltacji po oparte na resentymentach rozsierdzenie, staje się pozbawiony realnej, duchowej skuteczności, a więc w pewnym sensie martwy, bądź też zmierzający do martwoty.

Wracam jednak do Merkurego, który jest dawcą mowy i wielkim objaśniaczem słów i znaków – przy nim nie grozi nam stagnacja, on cały czas porusza się nad przepaściami, lotny i niestrudzony, w ciągłej, nie mającej kresu podróży.

Proszę zwrócić uwagę na zdanie mówiące o tajemniczym skarbie, perle, albo kamieniu, bo u alchemików jest on właśnie skarbem Merkurego; to kamień filozoficzny, zwany lapisem, przekształcający to, co ciemne, martwe i pospolite, w to, co świetliste i roziskrzone barwami tęczy. To woda życia i odrzucony kamień węgielny z psalmu 118. A oto cytat z pracy C. G. Junga pod tytułem „Psychologia a alchemia” (Wrota, Warszawa 1999, s.336):

 

Płynny metal, argentum vivum, rtęć, był ową cudowną substancją, która w doskonałej formie wyrażała naturę stilbon, tego, co błyszczy i ożywia wewnętrznie. Kiedy alchemik mówił o Merkuriuszu, to – powierzchownie rzecz biorąc – miał on na myśli żywe srebro, ale w głębi duszy chodziło mu o ukrytego czy uwięzionego w materii światotwórczego ducha. Smok jest niewątpliwie najstarszym figuratywnym symbolem alchemicznym o udokumentowanych dziejach. Pojawia się on jako ouroboros (pożeracz ogona) w Codex Marcianus powstałym na przełomie X i XI wieku. Do rysunku dołączona jest legenda: „en to pan („Jedno, Wszystko”). Alchemicy stale podkreślali, że opus zrodzi się z jednego i do jednego powróci, a zatem że, w pewnym sensie, stanowi ono coś w rodzaju zamkniętego obiegu – podobnie jak smok gryzący własny ogon. (…). Merkuriusz stoi u początku i końca dzieła. (…) jako smok pochłania on samego siebie, jako smok umiera i zmartwychwstaje jako lapis. To właśnie on jest grą barw widoczną w zjawisku cauda pavonis (pawiego ogona) (…). Jest on metalem, a zarazem cieczą, jest materią, a zarazem duchem, jest zimny, a zarazem ognisty, jest trucizną, a zarazem panaceum – jest symbolem jednoczącym przeciwieństwa.

 

Mądry kupiec z fragmentu z „Dwunastu beginek” kupuje skarb drogocenny, to znaczy Królestwo Niebieskie, a porzuca skarby doczesne. Lecz przecież żyje w doczesności i, chcąc nie chcąc, czerpie z jej bogactw, bowiem żyć to czerpać ze skarbca natury. Czy można będąc chrześcijaninem, czyli człowiekiem, który wyczekuje Królestwa innego niż Królestwo tego świata, dysponować także zasobami materialnymi, nie lękając się owego igielnego ucha z Ewangelii, przez które próbuje przecisnąć się wielbłąd? Czy można pogodzić takie przeciwieństwa, nie wybierając drogi rygorystycznej ascezy, która w pierwszych wiekach chrześcijaństwa całe rzesze wiodła na pustynie, do grot i opuszczonych ludzkich siedzib?

Może odpowiada na to fragment z Listu świętego Pawła do Koryntian (Pierwszy list do Koryntian, 29 – 31):

 

A to powiadam, bracia, czas, który pozostał jest krótki; dopóki jednak trwa, winni również ci, którzy mają żony, żyć tak, jakby ich nie mieli;

A ci, którzy płaczą, jakby nie płakali; a ci, którzy się weselą, jakby się nie weselili; a ci, którzy kupują, jakby nic nie posiadali;

A ci, którzy używają tego świata, jakby go nie używali; przemija bowiem kształt tego świata.

 

Zgadza się to z naukami z hinduskiej księgi Bhagawadgity, utworu, którego powstanie datuje się na przełom III i II wieku naszej ery ("Bhagawadgita", Zakład Narodowy im. Ossolińskich, 1988, s. 44):

 

Spełniaj więc zawsze czyn należny ,

bez przywiązania do owocu swego trudu.

Albowiem spełniając czyn bez przywiązania

osiąga człowiek najwyższe dobro.

 

Mamy tutaj do czynienia z wizją godzącą czas i wieczność, przemijający kształt tego świata i wieczny kształt Bożego królestwa. Nakaz etyczny, jaki można w niej odczytać, mówi nam, abyśmy nie przywiązywali się do tego, co doczesne, bo to zjawia się i znika, powierzone nam na moment, gnane czasem, tak jak my – wędrowcy. Niczym Hermes w drodze, między światami, między niebem a ziemią, czy między ziemią a piekłem.

Ale i nasze uczynki, nasz charakter i wola, mogą nas spętać, jeżeli nie potrafimy wznieść się ponad nie i odszukać perspektywy, w której zawieszeniu ulega przyrodzony nam egoizm. Nie idzie tutaj o kwietystyczne unikanie działania, lecz o wolność od jego rezultatów, można powiedzieć - o czyn bez przywiązania do czynu. Ta paradoksalna wolność pozwala nam włączyć się w dziedzinę Hermesa, zyskać swobodę i czystość umysłu, zarazem nieskończenie aktywnego i nie pozwalającego, żeby jego własna aktywność stała się dla niego sidłami, ograniczeniem ruchu w bezmiarze możliwości, czy też zawieszeniem życiowego cyklu, który spaja przeciwstawne dziedziny tego świata i świata duchowego.  

A teraz fragment z książki węgierskiego religioznawcy, Karla Kerenyiego – o naturze Hermesa („Hermes przewodnik dusz”, Sen, Warszawa 1993, s.64):

 

Prawysłannik i prapośrednik porusza się między absolutnym „nie” i absolutnym „tak”, czy też raczej właściwiej: między dwoma zwróconymi przeciw sobie „nie”, między dwoma wrogami, między kobietą a mężczyzną. Stoi on tam na nieistniejącym gruncie i stwarza drogę. Ze świata bezdroży, braku związków, świata płynności i upiorności wyczarowuje nowe narodziny. Do niego należy zaczarowująca dusze laska czarodzieja i nekromanty, którą tak często widzimy w dłoni Hermesa. Ale do niego należy także laska herolda, która jako symbol pośrednictwa nosi dwa wrogie sobie i zarazem miłujące się wzajemnie, splecione węże.

 

Merkuriusz jest zarazem patronem kupców ziemskich i niebiańskich, jest smokiem, który strzeże skarbu i samym skarbem, jest tu i jest tam, i wszędzie wnosi ruch i niepokój, tajemnicze wrzenie w tyglu zdarzeń, które możemy nazwać nastrojem poszukiwania, wołającą nas przygodą, wędrówką zarazem duchową, jak i cielesną (pamiętajcie, że żadne ciało nie spoczywa, że wszystko wędruje; to co wydaje nam się spoczywać, porusza się z prędkością jednej sekundy na sekundę, przemierzając czasoprzestrzeń).

 

Merkuriusz!

 

Jest zimny i gorący. Spójrzmy na zdjęcie Merkurego zrobione przez sondę kosmiczną Messenger.

 

                                                               

 

Merkury to niewielka planeta, poruszająca się najbliżej Słońca, i ona pierwsza padnie jego ofiarą, gdy w jądrze gwiazdy skończy się wodorowe paliwo - wtedy Słońce urośnie, zmieni się w tak zwanego czerwonego olbrzyma i pochłonie najbliższe planety. Cóż, wychodzi na to, że jest pośrednikiem między Słońcem, które zawiera 99,9 % materii w Układzie Słonecznym, a resztą planet dla których zostaje do podziału 0,1% materii. Funkcja pośrednika bywa niebezpieczna – często porusza się on przecież w przestrzeni między przysłowiowym młotem a kowadłem.

Ponieważ dzień i noc na Merkurym trwają bardzo długo (w przybliżeniu 58 ziemskich dni), powierzchnia planety to rozgrzewa się, to stygnie – za dnia osiąga temperaturę 400˚ C, nocą opada do – 180˚ C, co czyni Merkurego jednym z najzimniejszych miejsc w Układzie Słonecznym. To dość paradoksalne zważywszy, że znajduje się najbliżej Słońca. Na żadnej z planet Układu nie ma tak dużych różnic temperatur. W tym przypadku obraz naukowy pozostaje zgodny z intuicjami mitologicznymi – Merkury łączy przeciwieństwa. No i to szczególne zjawisko, które można by zaobserwować z jego powierzchni na pewnej długości geograficznej – Słońce wschodzi częściowo, potem cofa się, zachodzi, a potem wschodzi raz jeszcze. Oczywiście, Słońce tak naprawdę nie cofa się, tak wydaje się tylko obserwatorowi na Merkurym; kusi mnie jednak, żeby iść w ślady renesansowych mistrzów, i odczytać to jako jeden z symboli w wielkiej księdze natury – to czas zatrzymuje się, cofa, a potem powtarza swój ruch, tworząc szczególną sferę, jakby nielegalne odgałęzienie, o którym pisał Schulz w Sklepach Cynamonowych. Młodziutki Hermes, tuż po urodzeniu, ukradł Apollinowi stado krów – niech zatem owe ukradzione krowy symbolizują godziny wyrwane z naturalnego biegu czasu, godziny niepokorne, i nie dające się pomieścić w żadnej rachubie. A gdy ich właściciel, świetlisty Apollo, pyta złodziejaszka o swoje ukradzione dobra – co wtedy?

 

Posłuchajcie (Hymny homeryckie, Algo, Toruń 2001, s.141):

 

Na to zaś Hermes odparł mu wtedy słowy chytrymi:

Synu Latony, i po cóż tak szorstkie słowa wyrzekłeś?

Czemu tutaj przybyłeś, chcąc wiejskie krowy odnaleźć?

Nic nie widziałem i nie wiem o niczym, anim od innych

Nic nie słyszał, więc nic ci nie powiem, nagrody nie wezmę.

(…)

Nawet wśród nieśmiertelnych nadzwyczaj to dziwnym by było,

Gdyby dziecina, wręcz noworodek, za próg wyruszyła,

I do tego z wiejskimi krowami – ziemia dla stóp delikatnych zbyt szorstka.

Jeśli zechcesz, przysięgę wraz złożę na głowę ojcowską:

Oto przysięgam, że jestem doprawdy całkiem niewinny,

Że żadnego jakiegoś złodzieja twych krów nie widziałem,

Że ze słyszenia jedynie, czym są owe krowy, rozumiem.

 

                                                                                                                                                                   Doctor mirabilis